Budowanie wartości z perspektywy użytkownika miasta

Z Przemysławem Kubajewskim, Project Managerem Akademii Menedżerów Muzycznych; animatorem kultury; animatorem biznesu muzycznego; promotorem artystów; panelistą i wykładowcą m.in. Europejskich Targów Muzycznych „Co jest Grane” oraz konferencji Audioriver, Tak Brzmi Miasto w Krakowie, czy Muzyka a Biznes Warszawie rozmawiamy o jakości życia w mieście; tym, jak bardzo jego definicja zmieniła się; w jakim stopniu i jakie rzeczy pozostały niezmienione; a także gdzie w tym wszystkim znajdują się artyści.

Waldemar Olbryk: Różnego rodzaju światy, w których żyjemy i funkcjonujemy w ostatnich latach, ciągle przyspieszają, obecnie łączą się w konwergencji sektorów. Kluczem jest znalezienie konceptów i pomysłów, które po wdrożeniu spowodują, że z jednej strony możemy mieć niezwykle ważne poczucie bezpieczeństwa, że coś nam się udało, że zrobiliśmy coś, czego może jeszcze nie było i wchodzimy w pewien eksperyment, który staje się nowym standardem.

Natomiast z drugiej strony – kwestionując trochę stare sposoby myślenia i pewność siebie – poprzez ciekawość nowych połączeń albo nowego podejścia tworzymy wartość, której wcześniej nie było. W tym wszystkim bardzo istotną rolę odgrywa potrzeba pewnego rodzaju odwagi, nie wytrwałości i nie komfortu w przestrzeganiu tego, co zawsze było uznane za standard.

Z tych rozważań – prowadzonych wraz z Przemkiem Zakrzewskim, współtwórcą naszych przecięć na styku różnych branż, w jego przypadku jest to świat digital – wyniknęła koncepcja przeprowadzenia serii wywiadów z ciekawymi gośćmi. Wszystkie rozmowy, które odbyliśmy czy artykuły, które stworzyliśmy, wynikają z dążenia do połączenia różnych światów.

Chcemy w twórczy sposób – choć nie chcę zabrzmieć nad wyraz ambitnie – stworzyć kolizje kreatywne wynikające z tych rozmów, być może zainspirować do pewnych wdrożeń. Chciałbym, abyśmy porozmawiali o tym, jak artyści współtworzą miasto. I pierwsza rzecz, jaka mi przychodzi do głowy w tym temacie, to cytat Daniela Libeskinda (znanego amerykańskiego architekta), który powiedział, że „Ludzie i tak będą mieszkać w miastach, ponieważ mają naturalną skłonność do zgrupowań, do tego, aby być razem”.

Grupa ludzi i wymiana myśli to, w dużym skrócie, inspiracja dla kultury, a zgromadzenie ludzi to kultura. Jak odniósłbyś się do tego zdania?

Architektura dźwięku, bo dźwięk jest wszędzie

Przemysław Kubajewski: Jak najbardziej się z tym zgadzam. Jestem stricte z branży muzycznej i pozwolę sobie zacytować słowa artysty – Jacka „Budynia” Szymkiewicza, który niestety odszedł od nas w kwietniu 2022 roku. To był jeden z najważniejszych muzyków sceny alternatywnej w Polsce, lider zespołu Pogodno, który „romansował” też z mainstreamem, bo pisał np. dla Dody i Natalii Nykiel, współpracował z zespołem Hey. On, na jednej z solowych płyt, popełnił miniaturkę, z bardzo krótkim, ale myślę, że obrazującym naszą kwestię tekstem: „Muzyka jest wszędzie, nawet tam, gdzie myślisz, że jej nie ma, to ona właśnie tam jest”.

Tam, gdzie jest społeczeństwo, jest też piramida Maslowa, my tak naprawdę musimy korzystać z dóbr kultury i rozrywki. Dlatego, że jesteśmy częścią tego społeczeństwa, to sami ją musimy sobie wytwarzać. W każdym społeczeństwie jest ktoś, kto ma różnego rodzaju talenty i umiejętności. Są osoby, które mają talenty artystyczne, czyli tworzą muzykę lub ją odtwarzają. My – jako reszta społeczeństwa – dajemy im „wydobyć” to z siebie. Bo to jest obopólna korzyść.

Z jednej strony artysta spełnia się, bo prezentuje to, co wytworzył lub chce wytworzyć. Natomiast my jako społeczeństwo potrzebujemy rozrywki i to jest prawda znana od starożytności. Chcemy „chleba i igrzysk”. Bez względu na to, czy ludzie mieszkają w miastach, miasteczka czy wsiach. Każda wieś ma swoje dni, dożynki, lokalne domy kultury, i to jest naturalne.

WO: Dźwięk jest naturalny i pamiętam, że postawiliśmy kiedyś taką tezę – co by było, gdyby muzyki nie było? Wydaje mi się, że nie do końca sobie uświadamiamy rolę muzyki w codzienności – od dźwięku w windzie, odgłosów lotniska, przez włączone radio, po huczną imprezę. Nie doceniamy też jej znaczenia, a towarzyszy nam w ważnych chwilach naszego życia. Można zaryzykować stwierdzanie, że muzyka w zasadzie jest z nami cały czas, niezależnie od tego, czy jest to koncert, dźwięki w tle albo cisza.

PK: Zgadzam się. Dobrym przykładem jest Brian Eno, który stworzył „Music for airports”, swego rodzaju muzykę użytkową, która zbierała bardzo dobre recenzje. To jest naturalne, że muzyka i ogólnie pojęta kultura są po prostu naszą częścią. Społeczeństwa i miasta też tworzą strefy. W wielu miastach, na rynkach czy na dworcach, stoją instrumenty. Kiedyś wysłałem Ci zdjęcie z Katowic, pamiętasz? Na dworcu stał fortepian, do którego każdy mógł podejść. Z jednej strony osoby takie jak ja – które potrafiły zagrać tylko „Dla Elizy” – a z drugiej ludzie, którzy grali całe suity.

Miasto dźwięków, czyli odkrywanie lokalności

WO: Teraz dotykasz czegoś bardzo istotnego, co wydaje się oczywiste, trochę jak obecność powietrza, o które zapominamy dbać, bo nie widzimy naszego bezpośredniego wpływu na to, co będzie z nim jutro. Tak samo jest z muzyką, dźwiękiem. Jak spowodować, aby to poczucie naturalności naszego otoczenia wprojektować w miasto?

Znowu wrócę do Libeskinda, który mówi, że architektura, w ogóle cała branża nieruchomości, jest o tyle specyficzna, że jest nieskończona do momentu, aż wpuścimy ludzi do budynków i pomiędzy nie. Powstaje wtedy zupełnie nowa dynamika. Dopiero wtedy widzimy, jak ludzie używają architektury, jak się przemieszczają i gromadzą, jak siedzą oddzielnie. W tym wszystkim jest dźwięk.

Jak według Ciebie, można by zbudować ten zwyczaj czy eksperyment, aby to, co rzeczywiście stanowi o jakości, o której w tej chwili mówimy, nawet tej niewidzialnej i nieuświadomionej, stało się częścią naszego projektu czy pomysłu? Bo w końcu chcemy stworzyć przestrzenie, w których ludzie się dobrze czują.

PK: Wiesz, ja mam na to bardzo prostą odpowiedź. To odkrywanie lokalnych artystów i współpraca z nimi. Tak było kiedyś, a teraz do tego wracamy. W ostatnich latach był trochę niebezpieczny trend, że organizatorzy czy ludzie z instytucji, które tworzą kulturę i rozrywkę, a także my jako odbiorcy, zachłysnęliśmy się tym, co z zewnątrz. Dlaczego my będziemy słuchać tego artysty, który mieszka w domu obok, skoro możemy zaprosić kogoś z Warszawy, ze świata, jakiegoś innego kraju?

Przez jakiś czas byliśmy zamknięci na lokalność, ale widzę, że teraz ona powraca. Mam na to sporo przykładów. Tak się dzieje chociażby na Śląsku, na moim podwórku, ale również w Poznaniu. W Katowicach instytucja, która tworzy kulturę – a nazywa się Miasto Ogrodów – co roku organizuje tradycyjny konkurs „Dzielnica Brzmi Dobrze”. Zgłasza się do niego 100-150 grup, z czego 30 przechodzi do kolejnego etapu, a wygrywa 5.

Te pięć zespołów podpisuje kontrakt z instytucją miejską. Dzięki temu kontraktowi wydają płyty, koncertują za ustaloną stawkę. Oczywiście głównie lokalnie, ale też Miasto Ogrodów organizuje im koncerty poza granicami Śląska. Oprócz tego te zespoły, które wygrywają, mają szereg warsztatów, np. z produkcji, doskonalenia umiejętności wokalnych, gry na instrumentach. To niezwykle cenne.

WO: Czyli można powiedzieć, że wygrywa każdy, kto w tym uczestniczy?

PK: Dokładnie tak. Ale by to faktycznie dobrze funkcjonowało, to musimy wspierać się wzajemnie. Bo jeśli ja jako manager, organizator, człowiek ze sfery biznesowo-organizacyjnej, będę wspierał lokalnego artystę, to za chwilę on będzie wspierał mnie. Co w praktyce oznacza, że on będzie promował miasto i społeczność. Taka sytuacja miała miejsce w Mysłowicach.

Mysłowice to nieduże, śląskie miasto przemysłowe, kojarzące się z kopalniami. W momencie, gdy powstał zespół Myslovitz, zaczęto tam bardzo mocno promować inne zespoły. Pamiętam takie, które później również się wybiły – Negatyw, Gutierez, Usta Bilizowane. Sporo tego było. Pamiętam, że Paweł Kostrzewa, który w Trójce prowadził audycję „Trójkowy express”, bardzo często, kiedy puszczał utwór nowego zespołu, mówił: „Teraz prezentujemy zespół z Mysłowic”. To było już hasło klucz. Jak jest zespół z Mysłowic, to znaczy, że jest dobry.

WO: Poruszyłeś kwestię, która bardzo mocno zafunkcjonowała w okresie pandemii, czyli lokalność. Bo nie wiem, czy masz świadomość, że w Twojej ostatniej wypowiedzi kilka razy przewinęło się właśnie to słowo. Covid spowodował, że pojawiło się u ludzi poczucie lokalnego patriotyzmu, które może w nas siedziało, a nie miało okazji wyjść na zewnątrz, abyśmy mogli rzeczywiście poczuć dumę z tego, że jesteśmy i żyjemy lokalnie.

Niektóre miejscowości ułatwiły to, reorganizując przestrzeń miasta, jak i sposób interakcji między ludźmi, w tych trudnych i nowych dla nich czasach. Pojawiło się sporo działań, być może wynikających z dużego poczucia samotności, które wspierały odizolowanych. Natomiast lokalność przybrała bardzo różne formy, opierając się trochę na poczuciu dumy, być może również na ekologii. Lokalny patriotyzm dawał poczucie wpływu. W tych więziach społecznych, które nabrały nowego wymiaru, niektórzy artyści odnaleźli siebie i swoją rolę.

PK: I to jest właśnie fenomen tego dziwnego czasu, bo z jednej strony wydawałoby się, że on spowoduje, że bardziej otworzymy się na świat, ponieważ dostaliśmy takie narzędzia jak Zoom i Teams, różnego rodzaju relacje na żywo i chociaż byliśmy zamknięci w domu, to dzięki nowym technologiom poszerzaliśmy horyzonty. Ale z drugiej strony jest to, o czym mówisz – lokalność. To był ciężki czas, walka o zdrowie. Więc tak naprawdę zmobilizowaliśmy się i otworzyliśmy trochę na sąsiada.

Właśnie dzięki temu lokalność się w nas odezwała. Zawodowi muzycy w okresie Covidu wychodzili na tarasy i zaczynali śpiewać czy grać dla ludzi. Robiło tak wielu moich znajomych z różnych zespołów, np. na Śląsku z Iowa Super Soccer. Gitarzysta wraz ze swoją siostrą codziennie wychodzili na balkon i grali utwory Beatlesów – on na gitarze, ona na skrzypcach.

WO: Z jednej strony mówimy cały czas o eksperymentach, o pewnym kwestionowaniu starych rozwiązań i wprowadzaniu nowych, ale też krążymy wokół tego, że powracamy do tych wartości, które były nieco zapomniane, czy może przez ten automatyzm i technologię gdzieś nam uciekły z soczewki codzienności? Dotknąłeś zmiany zwyczajów, które wspierali artyści. Co zrobić, aby część tych rzeczy mogła się utrwalić? A nie – skoro okres pandemii minął – to wracamy do starego i znowu biegniemy, ślepo patrząc tylko przed siebie.

PK: Cały czas będę nawiązywał do tego, co już powiedziałem. Jako przedstawiciele biznesu muzycznego – managerowie, organizatorzy, instytucje kulturalne – my wszyscy musimy ten celownik przełożyć właśnie na artystę lokalnego. I to właśnie się dzieje. Przykładowo kilkanaście dni temu pojawił się nowy festiwal w Poznaniu, który się nazywa Fyrtle i tam grają tylko artyści związani z Wielkopolską, m.in. Muchy, Happy Pills. Nie było dotąd takiego festiwalu. On się pojawił właśnie teraz i myślę, że to jest skutek tego, o czym w tym momencie rozmawiamy, czyli zwrócenia się w stronę lokalności.

Niezbędna przestrzeń dla małych artystów

WO: A jakbyś wyobraził sobie, że masz otwartego na propozycje projektanta, który mówi: „Chodź, muzyku, daj mi rękę, projektuję kawałek miasta”. W czym taki muzyk mógłby pomóc projektantowi?

PK: Na pewno w kwestii zaprojektowania miejsc koncertowych i do tzw. jammowania, co się oczywiście ze sobą łączy. Natomiast uważam, że w każdym mieście czy nawet dzielnicy, powinno być otwarte miejsce do promowania artystów. Coś w rodzaju „otwartego mikrofonu”. Czyli po pierwsze może to być taka kuźnia talentów i tam właśnie ludzie z tego ekosystemu mogliby się spotykać, aby wychwytywać nowe talenty. Natomiast artyści – bo korzyść byłaby przede wszystkim dla nich – mogliby po prostu ograć się ze sceną.

Problemem początkującego wykonawcy jest to, że on nie ma gdzie się pokazać, jeśli chodzi o kwestie koncertowe.

Muzyczny ekosystem: miasto i dźwięk

WO: Poruszyliśmy w tym momencie jeszcze bardzo ważną kwestię, która – wydaje mi się, mocno funkcjonuje w świecie biznesowym. Jeżeli my myślimy „lokalność”, jeżeli my mówimy „potrzeba pomocy lokalnym społecznościom”, to np. w nieruchomościach funkcjonujemy w tych społecznościach, ponieważ te nieruchomości są rozproszone po całej Polsce.

Patrząc na to o czym dzisiaj rozmawiamy, że jest pewnego rodzaju siłą przewodnią – środowisko, społeczeństwo i jakość zarządzania – to może być znakomity przepis na to, jak zbudować właśnie na styku twardej branży nieruchomościowej i lokalnych społeczności, przestrzeń nie tylko na to, że ktoś zrobi takie „tick of the box” w zakresie strategii, ale realnie zbuduje wartość zarówno dla firmy, która realizuje pewien pomysł nieruchomościowy, jak i dla szeroko rozumianej branży artystyczno-muzycznej, aby na koniec stworzyć jakość życia w mieście.

PK: O to właśnie chodzi. Bo tutaj mamy tak naprawdę trzy strony – artysta, biznes i publika,. Jedna strefa bez drugiej nie może żyć – po prostu, więc musi być między nimi korelacja.

WO: Czyli w tym ćwiczeniu można zrobić niemalże zwrot na inwestycji, w długim terminie, ale będzie to klasyczny excelowy „return of investment”.

PK: Oczywiście. Bo to też jest tak, że jeśli np. żyjemy w jakimś zamkniętym społeczeństwie typu dzielnica miasta, to nie zawsze jesteśmy skazani – mówiąc kolokwialnie – na kulturę czy rozrywkę. Bardzo często nic się po prostu nie dzieje. A zmieniłby wszystko taki eksperyment, danie artystom jakiejś strefy. Ja nawet bym zaryzykował, że ten wykonawca powinien dostać za to jakieś wynagrodzenie, chociażby symboliczne.

Chief Entertainment Officer w mieście

WO: Patrzę na zagadnienie przestrzeni miejskiej z perspektywy developera, czy nawet szerzej myśląc – kogoś, kto się „bawi w miasto” – planisty, urbanisty, osoby, która współtworzy miasto z poziomu administracji. Efekt takiego współdziałania z artystami w długim okresie tworzy realne PKB lokalne, również biorąc pod uwagę hotele, restauracje czy kluby. Jest jedynie kwestia długoterminowego planu i sprawdzania go. Moje pytanie jest takie, czy w takim razie w miejskich instytucjach powinien być Chief Community Officer, Chief Entertainment Officer lub ktoś inny , kto łączy te kropki i widzi wartość budowania właśnie z perspektywy użytkownika miasta?

PK: W PRL-u to się nazywało KO-wiec chyba?

WO: Nie wiem czy chcemy iść tą drogą, ale myślę, że znowu poruszamy tę samą kwestię.

PK: Wiadomo, że teraz spełniałby trochę inną rolę, ale jak najbardziej. Jako człowiek z biznesu muzycznego często stykam się z ludźmi z organizacji budżetowych, głównie z urzędów miasta czy z domów kultury. Nie chcę absolutnie nikogo obrażać, natomiast to są ludzie, którzy pracują w nich od 40 lat i ciężko im zrozumieć inny punkt widzenia. Chcę pokazać, że może być inaczej. Ściśle współpracuję z organizacją Miasto Ogrodów, o której już wspominałem, gdzie pracują ludzie młodsi ode mnie i to się sprawdza.

Chciałbym powiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Imprezy miejskie i dzielnicowe cały czas trochę się kojarzą z tzw. festynem: wata cukrowa, grill i piwo, Zespół Pieśni i Tańca. Natomiast dlaczego na te festyny nie zapraszamy hip-hopowców, dj’ów, indie-rockowców, metalowców? Przecież według statystyk odbiorcami muzyki są głównie ludzie w okresie produkcyjnym. Oczywiście nie wykluczajmy, starszych osób, dla nich też coś zróbmy.

WO: Miasta generalnie walczą o mieszkańców. Następuje migracja nie tylko za miejscem pracy. Dodatkowo dołożyła się do tego przynajmniej chwilowa, a może nawet długotrwała rewizja zasad pracy w biurze. Więc jakość życia w mieście sama w sobie definiuje, czy miasto jest, tak czy inaczej, postrzegane z punktu widzenia demografii i długofalowej pozycji jako miejsca atrakcyjnego do życia. Może dotknęliśmy też bardzo ważnej rzeczy jeśli chodzi o generacje w naszych miastach, które siłą rzeczy przesuwają się w kierunku tych dojrzałych mieszkańców. Ale myślę też, że otwarta narracja mogłaby połączyć mieszkańców w różnym wieku.

Lokalni wykonawcy potrafią się dostosować. Właśnie tego mi trochę brakuje, że imprezy miejskie, te dni dzielnicy czy miasta, trochę się kojarzą z czymś archaicznym i dlatego nie przyciągają ludzi. Więc nawet jeśli organizator zaprosi zespół skierowany do młodego odbiorcy, to na koncercie będzie stała babcia z wnuczką, do których ta muzyka nie trafi.

Nowe technologie w służbie artysty

WO: W naszej rozmowie poruszamy wątki otwartości, ciekawości, ale jednocześnie odwagi do eksperymentowania. Odwagi do tego, aby zrobić coś, czego wcześniej nie było. O tym już rozmawialiśmy – w trakcie pandemii była wręcz eksplozja jeśli chodzi o ilość stworzonego materiału. Nie było koncertów, więc muzycy tworzyli nowe materiały. Okazało się, że na Covid można było narzekać, ale w Covidzie można też było wymyślić coś nowego.

Natomiast nie byłbym sobą, gdybym nie dotknął kwestii związanej z nowymi technologiami. Muzycy, a przynajmniej część z nich, znakomicie sobie poradziła. W czasie pandemii sama technologia okazała się czymś na tyle dostępnym, a nasza adaptacja do tej technologii na tyle szybka, że wdarła się trochę jako metoda na przetrwanie. Z drugiej strony część osób nie tylko przetrwała, ale nawet mocno na tym skorzystała.

Rozmawialiśmy o tym, w jakim stopniu technologia zostanie z nami jeśli chodzi o formy koncertów. Pewnie część z tego będzie, pomimo że najbardziej atrakcyjną i angażującą formą jest realny koncert z dobrą muzyką. Część osób mówi: „Przecież zaraz się okaże, że jeden czy drugi artysta gra w metaversie, więc po co iść na koncert”, ktoś inny powie: „Boję się trochę Covidu, nie idę na koncert, więc zrobię sobie streaming w VR”. Natomiast są pewne rzeczy technologiczne i sukcesy, o których warto opowiedzieć.

PK: Tak, już teraz ten czas pocovidowy pokazał, że technologia nie zastąpi w pełni koncertów. Oczywiście jest pewnie część osób, dla których z różnych przyczyn to będzie substytut. Opowiem przykład z mojego życia. Zespół Hey w 2017 roku miał trasę pożegnalną i część koncertów w poszczególnych miastach była transmitowana na żywo na kanale YouTube. To był 2017 rok i wtedy jeszcze nikt nie słyszał o koronawirusie.

Moja żona była w ósmym miesiącu ciąży, a jest wielką fanką zespołu Hey i Kasi Nosowskiej, więc włączyliśmy sobie koncert w domu na dużym telewizorze. Jakość była naprawdę znakomita, nic się nie zacinało. Ja wtedy napisałem na Facebooku, że to jest przyszłość i rozwiązanie dla tych, którzy nie mogą iść na koncert. Dostałem mnóstwo komentarzy pod tym postem – i z branży, i od ludzi, którzy są fanami muzyki i lubią jeździć na koncerty, abym się „puknął w głowę”.

WO: I rozumiem, że to był jeden z bardziej dyplomatycznych komentarzy?

PK: Generalnie wszyscy negowali to, o czym napisałem. Natomiast sytuacja wymusiła na nas, że przez rok, półtora była to jedyna forma koncertowania. Ta sytuacja pokazała, że wykonawcy nie da się zastąpić. Ale technologia może być wsparciem dla artysty, przede wszystkim reklamowo-promocyjnym.

Podam przykład: bodajże w 2018 roku na Open’erze grał Radiohead. Oni, parę miesięcy po koncercie w Gdyni wypuścili official video z koncertu. Cały dali na YouTube. To był genialnie zrobiony koncert, duża liczba kamer, świetna technologia. Wiele osób, kiedy zobaczy taki streaming, powie: „Wow, idę na następny koncert Radiohead. Pojadę do Berlina, pojadę do Londynu, bo to jest genialne”.

Myślę, że właśnie taka technologia może wspierać też tego lokalnego artystę. Czyli robimy wysoką jakość streamów wideo, później to montujemy i wypuszczamy do sieci. I Ty później widzisz, że tydzień temu grał zespół „X” u Ciebie w Łodzi. Oglądasz krótki klip z tego koncertu gdzieś w social mediach i mówisz: „Wow, oni fajnie grają”. I kiedy dowiadujesz się, że za dwa tygodnie w tym lub innym miejscu będą, to wtedy jest większa szansa, że pójdziesz na występ, bo po prostu podobał Ci się ten klip. Myślę, że na to powinniśmy postawić.

A co byś powiedział o najbardziej spektakularnym przykładzie w trakcie pandemii, o tym jak dzięki technologii mimo wszystko polskim zespołom udało się nie tylko przetrwać, ale i zarobić? Nie wiem czy kiedyś wspomniana przez Ciebie Łydka Grubasa to jest dobry przykład. Nie chcę operować liczbami…

WO: Wydaje mi się, że liczby nie są istotne, ale odwaga i kreatywność w całej tej układance.

PK: Podobno zarobili 40 tys. zł. Myślę, że ta kwota jest na tyle istotna, bo moim zdaniem ich gaża za koncert tyle nie wynosi. Wydaje mi się, że to może być mniej więcej 10 tys. zł. Więc na pewno jest to ciekawe też pod względem ekonomicznym. Natomiast to był sam początek pandemii i to oni wpadli na ten pomysł jako pierwsi. To było genialne w prostocie. Zrobili koncert bez publiczności, bo się nie dało jej zaprosić, więc skorzystali z systemu streamingowego na zasadzie pay per view, czyli wpłacasz jakąś kwotę i oglądasz koncert. To były jakieś symboliczne pieniądze typu 2 zł czy 5 zł.

WO: Czyli na poziomie niemalże crowdfundingu.

PK: Dokładnie tak. Tylko pamiętajmy o tym, że to był początek, pierwszy lub drugi tydzień pandemii.

WO: Ale to być może jest znakomita historia pokazująca istotność szybkości i gotowości do eksperymentowania. Bo wdrożony pomysł powoduje, że twoja nadzieja i odwaga na inne rzeczy też wzrasta i oczywiście jest ryzyko, że możesz o czymś nie pomyśleć i następny proces wymyślony nie będzie aż takim sukcesem, natomiast na pewno warto próbować.

PK: Oczywiście. Było wielu artystów, którzy może nie odnieśli spektakularnego sukcesu pod względem ekonomicznym, ale pokazali się na nowo w sytuacjach bardziej prywatnych i przez to zyskali na wartości. Chociażby Bass Astral x Igo, zespół przede wszystkim elektroniczny, który pokazał w zaciszu domowym, że potrafi grać w każdych warunkach i robi to świetnie. Zespół Sorry Boys tak samo. Bela Komoszyńska to jest dla mnie taka trochę Kate Bush, ona się tak naprawdę odnajduje we wszystkim.

Z pewnością oni wszyscy zyskali na tym marketingowo. Takim przykładem jest też Czesław Mozil, który przypomniał się w pandemii. On już wcześniej robił trasy minimalistyczne, na jednego, dwóch lub trzech muzyków. Natomiast poszedł za tym też sukces ekonomiczny, bo na tej podstawie powstała książka, która opisuje jego historię w trakcie trwania pandemii.

WO: Wykorzystanie nowych technologii to trend światowy. W tym roku Foo Fighters zrobił koncert w VR na Super Ball.

PK: Tak, to prawda. Chociaż tak jak już powiedzieliśmy – widzimy, że ta technologia, czyli streaming wysokiej jakości, nie do końca zastąpi kwestię obcowania z koncertem. Natomiast gdy będzie sytuacja, że będziemy chcieli zobaczyć jakiś koncert, w którym z różnych przyczyn, chociażby zdrowotnych, nie możemy uczestniczyć, to streaming może się przydać.

Coś więcej niż tylko dźwięk, czyli muzyka z misją ekologiczną

WO: W tej chwili w całym świecie biznesowym bardzo „modna”, choć to pewnie nie jest odpowiednie słowo, jest coraz większa świadomość, że trzy magiczne literki ESG – Environmental, Social, and Governance. Stają się coraz bardziej czymś, co nie tylko sprawdzamy, ale zaczynamy integrować w biznes. Ten „social” to chociażby różnorodność, współpraca z lokalnymi społecznościami, czy pewnego rodzaju jakość warunków pracy i myślę, że sporo na ten temat już powiedzieliśmy. Natomiast odnosząc się też do wartości biznesowych, wchodzimy w debatę dotyczącą ekologii.

Często rozmawialiśmy na naszych zajęciach o takich organizacjach jak amerykański REVERB czy No Music on The Dead Planet z hasłem organizacji „Music Declares Emergency”. To są organizacje, które w sposób świadomy nie tylko przyciągają muzyków, dla których planeta jest istotna, ale poprzez określone zachowania próbują połączyć sposób myślenia z publicznością i zachęcić do zmiany zachowań, zarówno na samym koncercie, przed nim, jak i w ogóle w codzienności. I wydaje mi się, że znowu ta narracja jest bardzo bliska chociażby temu, co mogłoby się wydarzyć zarówno w firmach, jak i na samych wydarzeniach miejskich.

PK: Na przestrzeni ostatnich lat tak jakby trochę zmieniliśmy sposób myślenia. I ta ekologia mocno wiąże się z patriotyzmem społecznym i lokalnym. Bo w tym momencie dla mnie, ale też dla wielu osób patriotyzm nie polega na tym, że wyciągamy szablę i biegniemy na wroga. Polega na tym, że dbamy o tę najbliższą społeczność i segregujemy odpady.

WO: Właśnie, troska o tę małą planetę.

PK: Na zajęciach akurat poruszyłeś case Coldplay, którzy nie grali trasy koncertowej ze względu na kwestie środowiskowe. Oni płytę nagrali w 2019 roku, zagrali jeden koncert, który streamowali. I myślę, że my powinniśmy też zapraszać więcej artystów z naszego lokalnego rynku niż artystów zagranicznych. Aczkolwiek wiadomo, że zagraniczny artysta będzie przyciągał większą liczbę ludzi. To jest nieuniknione.

Muzyka pozwala kolekcjonować doświadczenia

WO: W tej rozmowie zmierzamy w kierunku definicji, o której już rozmawialiśmy, czyli definicji trzeciego miejsca. Miejsca, w którym jesteśmy po obowiązkach domowych, służbowych i po prostu dobrze spędzamy czas, tworzymy relacje, budujemy społeczność. I myślę, że na tak dramatyczne pytanie, które sobie postawiliśmy – „Co by było, gdyby nie było koncertów, co by było, gdyby nie było muzyki?” – na pewno już w naszych rozważaniach odpowiedzieliśmy.

Nie dość, że muzyka jest wszędzie, to można ją jeszcze na tak wiele wymiarów spożytkować, aby na tych wyższych częściach przytaczanej wcześniej piramidy Maslowa się realizować, ale również tę podstawę czy może nawet ten środek w postaci biznesu stworzyć. Kluczem jest jednak współpraca i pewnego rodzaju zaakceptowanie, że świat też się trochę zmienił.

Warto odwiedzić:
www.akademiamm.pl
www.miasto-ogrodow.eu
www.facebook.com/events/339979081596477

News